|
W dniach 7-9 maja 2010, w dzielnicy Gdańska - Osowie, odbyły się drugie w tym roku zawody z cyklu Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację ? Harpagan 39. Mimo przesunięcia terminu imprezy w związku z wydarzeniami pod Smoleńskiem na mniej korzystny, na starcie trasy rowerowej tego najbardziej kultowego i popularnego maratonu na orientację w Polsce, pojawiło się 282 zawodników. Ekipa PTR Dojlidy w składzie Stanisław Ruchlicki, Dariusz Wielakin i Adam Chorąży (w zastępstwie Wojciecha Burzyńskiego).
Do bazy zawodów, mieszącej się w szkole nr 84, dotarliśmy komfortowym pociągiem relacji Białystok-Sopot. Wieczorna obiadokolacja w postaci ciepłych kuraków na deptaku Monte Cassino, po czym dojazd do ulicy Spacerowej, wiodącej do bazy, przez trójmiejski chodnik rowerowy. Padający i straszący już w pociągu deszcz, zamiast słabnąć wręcz się wzmagał, szkoły szukaliśmy już w ulewie. Ostatecznie do biura dotarliśmy po 23:30. Rejestracja więc już jutro, teraz po piwku, trochę żartów i spać.
Pobudka o piątej, rejestracja i odbiór chipów (na Harpaganie to już norma, nie trzeba wozić ze sobą kart startowych i potwierdzać punktów dziurkaczami). Jeszcze ubieranie roweru, dostosowywanie mapnika (będzie jechał na mostku, co się sprawdzi). O 6:30 wszyscy mają już mapy, nastał czas na zaplanowanie chociaż pierwszych punktów do zdobycia. Wybieram mało popularny kierunek północny, co w połączeniu z poszukiwaniem sklepu na zakupy i błądzeniem po mieście powoduje, że na trasę wyjeżdżam sam, za to ze smakowitym jadłem w plecaku. Jeszcze na dobrze nie opuszczam Osowy, a spotykam znajomą postać ? to Jacek Janowicz, artysta Kabaretu Widelec, wraca przemoknięty i zmęczony po pierwszej pętli trasy pieszej.
Asfaltem na zachód, stoją jeszcze kałuże. Jednak po odbiciu w drogę gruntową, okazuje się że będzie to ciężki Harpagan. Piachy nasiąknięte wodą, wsysają koła i mocno hamują. PK10 znajduje się na górce leśnej, gdzie stoi też nadajnik komunikacyjny. Długi zjazd to czysta przyjemność, choć trzeba uważać, bo czasem jest grząsko. Dalej nie bardzo wiadomo co robić, standardowo nieaktualna Harpaganowa mapa nie ułatwia zadania, wyrastają nieprzewidziane osiedla wśród łąk. Przełajem przez nieużytki docieram jednak do doliny poprzecznej rzeki. Na wyczucie i z zastosowaniem kompasu, udaje się dojechać do cywilizacji, jednak znów nieaktualność mapy trochę zmyla. Znów grząskimi szutrami wśród pól jadę nie wiem dokąd, nie wiedząc gdzie dokładnie się znajduję. Odbijam na północ, na mapie figuruje droga ustawiona w właśnie tym kierunku, i zaiste wracam do świadomej jazdy. Po drodze mija się jeszcze sporo piechurów, ale wraz z oddalaniem się od bazy ? zanikną.
Docieram do asfaltów, by w okolicach miejscowości Rogulewo znów wjechać w teren. Dziś jest to średnia przyjemność, jako że rower szybko zaczyna rzęzić, a błoto raźno mieli napęd. Jadąc krętą serpentynką leśną do PK 20, a szczególnie z niej zjeżdżając, uderza mnie przekonanie, że tędy musiała wieść trasa zeszłorocznego maratonu Langa. Mimo że tym razem bez 10-kg plecaka, też malowniczo nie wyrabiam się na identycznie śliskim zakręcie ? pierwszy upadek zaliczony.
Łapię szlak czerwony, jeszcze ciągle nie dociera do mnie, że dziś wybór nawet nieco dłuższego wariantu asfaltowego, na pewno byłby sumarycznie bardziej optymalny. Szlak, trzeba przyznać, jest bardzo ciekawie poprowadzony, obfituje i w podjazdy, i w zalane odcinki, jest trochę trawy, jest i szybki szutr. Przyjemnie, ale jednak byle do asfaltu, który już żółci się na mapie. Szybki zjazd szerokim krętym szutrem, prowadzi jednak do wioski zagubionej w lesie. Jakiś bruk. No trudno, zaraz się skończy, przecież za chwilę ma być żółta na mapie, asfaltowa szosa. Przychodzi w końcu olśnienie. Trawestując Easy?ego ? ?to nie szosa, to bruk?. Mozolny, zapomniany, zafajdany kamieniami i pozbawiony pobocza. Ciągnący się i zabierający czas. Mapnik płacze na tych wybojach. W końcu jest punkt 2, nad jeziorkiem, po czym jeszcze jeden podjazd i dla odmiany równe jak od linijki kilka km asfaltu, już po wydostaniu się z lasu. Czas na zastanowienie się co dalej, jaki wariant wybrać, by optymalnie połączyć następne punkty do zdobycia - i to tak, by niepotrzebnie nie pobłądzić. Za Szemudem na południe, obok drogi szczyt góry, więc dłuższy podjazd, który dokłada swoje trzy grosze do sumarycznego przewyższenia 1130m. Między Jeleńską a Łebieńską Hutą ładnie oznakowana droga; w czasach gdy powstawała mapa, były tam tylko polne drogi niekoniecznie łączące się w jeden trakt. W połowie tego odcinka punkt 14, kolejny który potwierdza moje domysły, że na tym Harpaganie organizatorzy wzięli sobie do serca narzekania, że punkty poukrywane są zbyt trudno, że nikt w Polsce nie ma szansy zdobyć przez to tytułu rowerowego Harpagana. Dziś punkty kontrolne zlokalizowane są bardzo często na drodze, rzadko delikatnie odsunięte, za to zawsze widoczne dzięki odblaskowym elementom. Jak się później okaże, na tej edycji aż sześciu zawodników zdobędzie zaszczytne miano Harpagana.
Dalej okolicami Pieprznej Miedzy ;) znów podziwiam unijny rozwój infrastruktury drogowej naszego kraju, zaliczam jeszcze postój tzw. ?techniczny? i już można wbijać się na skraj lasu po zachipowanie PK 16. Wróciwszy na trasę, na mapie widać zielone obramowania. Tabliczka przy drodze wyjaśnia je ? witamy na Kaszubach, to park krajobrazowy. Piękne i szybkie asfalty wśród lasu i jezior. Gdyby nie to, że po terenowych błotach najwyższa tarcza odmawia już posłuszeństwa od 160 uderzeń na minutę wzwyż, można by jeszcze przyjemniej pocisnąć. Szosą wzdłuż granicy parku docieram do Łapalic, skąd zachęcająco patrzy na mnie tabliczka wskazująca szlak rowerowy wzdłuż jeziora, akurat we właściwym kierunku. Od czasu aktualizacji mapy zmieniły się też przebiegi szlaków rowerowych, co w tym przypadku jest jak najbardziej OK., bo czerwony szlak prowadzi prosto (no może prawie) na punkt nr 7, znajdujący się na przesmyku między jeziorami Białym i Kłodnem. Jechać się da, ale tylko delikatnie.. Może nie zerwę łańcucha do mety, choć na każdą próbę nacisku bezlitośnie ów podskakuje.
W ten sposób trafiam w tereny turystyczno ? wypoczynkowe, przejeżdżam wzdłuż trzech kolejnych jezior, wychodzi słońce, robi się pięknie. A i ze stanem zaliczonych punktów nie jest źle. Jezioro Brodno świadomie objeżdżam od strony terenowej, mimo asfaltu po drugiej stronie. Dojeżdżam do Ostrzyc, gdzie sklep przyciąga moje spojrzenie. Po chwili stoję na ganku i chłepcę maślankę owocową :D Właśnie mija połowa trasy (wg czasu). Szosą poniżej co raz śmigają zawodnicy. W którejś grupce widzę znajomą postać ? to Adam Chorąży! Spotkanie przy sklepie, wymiana doświadczeń, Adam ma już połowę punktów, jeśli by utrzymał takie tempo ? zostanie Harpaganem! Wkrótce mija nas grupka z Darkiem (od razu poznaje się nową bluzę PTR) i Yoohasem, do której dołącza Adam. Trochę szkoda, że wszyscy jadą w przeciwnym kierunku ;) Odbijam zaliczyć jeszcze dziewiętnastkę, tym razem jadę tuż obok jeziora, więc trochę się zapędzam, bo przyjemnie się pomyka. Niedaleko wysoki szczyt ? Wieżyca (328 m n.p.m.), ciekawe czy ktoś by to podjechał, gdyby umiejscowiono tam PK :). Ale i z 19 na zjeździe rozwija się rekordowe prędkości.
Powrót do Ostrzyc, mijam zawodnika Otwockiej Grupy Rowerowej, mówi że nie wybierają się do siebie na jutrzejszy maraton ? ja ciągle mam plan pojawić się na starcie. Ale z takim rowerem to marne ściganie.. Setka pękła, nadeszło to co lubię ? faza postukilometrowa, kiedy to jedzie się już lżej, przyjemniej i szybciej. A może to kwestia rozpoczęcia powrotu na wschód, czyli z wiatrem, albo zbliżania się do morza, więc jest więcej w dół, nieważne, trzeba korzystać!
Goręczyno, Somonin.. Wakacyjna pogoda, są siły. Na PK9 bardzo miłe dziewczyny w namiocie, można pogaworzyć. Potem znów jakby świeżo dla Harpagana wyasfaltowanymi drogami docieram do główniejszej szosy ? o numerze 20. Miejscowość Borcz ? trzeba odnaleźć i zastosować szlak czarny, co jednak niezbyt się udaje. Widocznie znów się za bardzo rozpędziłem na szosie. Za karę trzeba trochę poprzebijać się na azymut przez las i zarośnięte niegdysiejsze przecinki, pokonać z buta kilka leśnych wzniesień i moczarów. Dzięki kompasowi i niewycofywaniu się, wydostaję się na szosie w żądanym miejscu ? wieś Majdany. Teraz kwestia wbicia się w szlak czarny, ale chyba ten kolor ma jakieś odniesienie do trudności szlaku ? parę razy wypadam z jego przebiegu, ale i tak wszystko przebija całkiem długi ?górski? kamienisty zjazd. Z Huty Dolnej do Huty Górnej, jak wydawać by się mogło z nazewnictwa ? pewnie jest pod górę. Ale że aż taką.. Stres narasta, bo i punktu kontrolnego nie widać. A ja dziękuję wracać z powrotem te 70m w pionie, jeśli pobłądziłem. Jednak punkt jest, a za nim i nachylenia dróg wracają do normalności. Przed wjazdem na główną szosę wypatruję rów przydrożny. Idealny by zasiąść, nieco odpocząć i przekąsić.
Następny odcinek między punktami już kombinuję pokonać skrótami ? terenem. Na szczęście szybko zostaje to wybite z głowy ? idealnie położonym pod względem nachylenia jak i kierunku wiatru asfaltem daje się mknąć i 40km/h, nawet niesprawnym rowerem. Z PK17 jako z jednego z nielicznych takich punktów, wracam tą samą drogą, jaką nań zajechałem. Potem prosto przed siebie, trochę przez wieś, trochę ? już obeschniętymi leśnymi szutrami ? na PK 15, za którym można dopić maślankę, zagryźć czekoladą i wybrać się na PK3. Punkt mało znaczący, bo o najniższym przeliczniku wagowym, ale jest ?pod ręką? a czasu nie brakuje. Obfotografowany na wyjeździe z punktu, jadę do Przyjaźni, niech żyje przyjaźń i swoboda, czy jak to tam szło, kołacze się gdzieś echo przeboju disco-polowego. Czasami warto się zatrzymać i pogapić w mapę z bliska, bo można wypatrzyć bardziej optymalny niż się na szybko zakładało wariant trasy. W dół i w dół, niebieskim szlakiem, aż do rzeki Raduni. W Sulminie już chyba pokazują się oznaki zmęczenia, bo znów chwilkę szukam punktu 13, znajdującego się w lesie wśród ruin dawnego grobowca i cmentarza. Groby zauważam dopiero odjeżdżając z punktu, niewiele wystają ponad ziemię. Z niechęcią, bo jechać się chce, ale zachodzę do sklepu, po jakieś gazowane picie. Lepiej mieć zapas.
Jak dla mnie to nie koniec zagadek Sulmina, niewłaściwie wyjeżdżam z wsi, ale nie chce się wracać i kręcić dalej w kółko, nadkładam trasy przez ładne leśne tereny, jak się później okaże, ledwo mieszczę się w mapie. Las nagle się kończy, rozpoczynają się zabudowania podmiejskie. Starając się nie strzelać ludziom po uszach łańcuchem, spokojnie dojeżdżam do szosy nr 7. Długo się ciągnie, bo wyjechałem nań jeszcze dalej niż się spodziewałem. Przede mną dwa bliskie siebie punkty ? i do bazy. W sam raz by ? co rzadkie w ograniczonych czasowo zawodach na orientację ? bezstresowo dotrzeć do mety przed limitem czasu i nie bać się o punkty ujemne za jego przekroczenie. Jedenastkę łykam, wyjazd zapuszczoną przecinką wraz z pokonaniem zwalonego drzewa. To ostatni akcent terenowy dzisiejszej trasy, więc nie mogłem sobie odmówić.
Pozostaje ostatni punkt ? ósmy, w okolicach lotniska. Ciekawe, gdzie udało się go ukryć, w takim miejscu. Szybki dojazd do głównej drogi asfaltowej, jaka szkoda że nie można szybciej, zapasy sił są duże.. Szosa ?nadlotniskowa? jest zamknięta ? trwa tam remont. Mimo to z początku wydaje się przejezdna, widać też zawodników pieszych, powoli wracających do bazy ze swojej trasy. W pewnym momencie na drodze wyrastają bariery. Nie byle jakie, solidne, dwumetrowe, nieprzeniknione, choć przez szpary widać szosę po drugiej stronie, na którą właśnie chciałem wyjechać. Podobno Darek z ekipą ?przeskakiwali? mur, ja jednak brnę w błoto, by dojść do furtki. Trzeba się pilnować by nie zgubić butów, o jeździe nie ma mowy. W końcu udaje się wydostać z matni, jednak z tego wszystkiego przegapiam drogę polną wiodącą na PK8. No cóż, znów nie chce się zawracać i mój ostatni punkt okazuje się najtrudniejszym ? kilometrowe brnięcie na azymut w górę przez pole i kępki traw. Na szczęście udany, rzeczywiście przed oczyma pojawiają się oczekiwane ruiny gospodarstwa.
Powrót już na luzie ? mapa pokazuje, że odbywać się on będzie zamkniętą dla ruchu rowerowego obwodnicą trójmiejską, ale w rzeczywistości obok niej funkcjonuje do dziś ?stara? droga. W samej Osowie chaos, gdzie jest ta szkoła? Osiedle mocno się rozbudowało, na mapie to tylko kilka ulic na krzyż. Na podstawie obserwacji poprzedników oraz zasięgając języka u ?tubylca?, udaje się odnaleźć metę. Mój czas to 11 godzin i 42 minuty, 194km. Znalezione 15 z 20 punktów kontrolnych, ostatecznie zajmuję 56 miejsce. Adam był z naszej ekipy najlepszy, 54 miejsce; Darek byłby w pierwszej czterdziestce gdyby nie to, że spóźnił się 9 minut na metę ? ostatecznie zajął 101 miejsce na 282 zawodników trasy rowerowej.
PS. W ramach epilogu i nasycenia odczucia ?niedojechania? wybrałem się jeszcze na samotne nocne rajdy po Trójmieście. Wprawdzie celem był pociąg do Warszawy i dalej Otwocka, ale wyszło inaczej :D
Podsumowując, był to udany start ekipy PTR w zawodach Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację, pierwszy w ramach dofinansowania przydzielonego nam przez Urząd Miasta Białegostoku. Następne zawody już 29 maja ? DyMnO, na pewno nas tam nie zabraknie.
|